W naczyniu. Wydobył
W naczyniu. Wydobył z czółna worek bobu, wielki plaster miodu, pokaźny kołacz, garść ulęgałek. Bób przypiekał w popiele, wodę zagotował wrzuciwszy do niej jakichś ziół, liści i nieco suszonego mięsiwa. Zawołaj tego drugiego i chodźcie jeść — rzekł. On nie... — chłopiec wskazał na uszy. Głuchy? Tak — odparł i podbiegł do śpiącego towarzysza. Począł nim potrząsać. Wstawaj, Przemko! — szepnął mu do ucha. — Żreć dostaniesz. Jeno się nie odzywaj, coby nie poznał, żeśmy obcy. Rzekłem, żeś głuchy. Pytał, czyśmy od Pogezanów. Co to za jedne? — zapytał Przemek. A bo ja wiem? Rzekłem mu, żeśmy Pogezanie, byle pytać przestał. Psst, cicho! Chodź już. Podeszli obaj do ogniska. Czumejtis podsunął im polewkę. — Jedzcie, jedzcie, krzepy trza na drogę nabrać. Daleko wam do domu. Zgarnął, co zostało z zapasów: woreczek z bobem, woreczek z solą, drugi kołacz, kawał sera, resztę plastra miodu. Włożył to wszystko do naczynia glinianego, z którego spożyli polewkę. Podał starszemu chłopcu. * Dirhem — średniowieczna srebrna moneta arabska, znana w Polsce w IX i X w. To dla was — rzekł. — Mnie do dom na Sambie niedaleczko, a wam szmat drogi. I podzięka wam się należy za pomoc i za nóż. Cenny on dla mnie wielce. Grosz jaki też wam by się przydał. — Dał chłopcu dirhema*. Nie potrza mi! — bronił się mały. — Od druhów rodzica mam. I dary przecie od was dostałem. Bierz, bierz. Przyda ci się. A byście jaką potrzebę u Sambów mieli, pytajcie jeno o Czumejtisa. Tak mnie wołają. Zna mnie każdy. A w Warnoszajtach bratańca takiego jak wy mam. Za miesiączek na łowy z nim ruszę oną rzeczką, co na tamtym brzegu. Chcielibyście z Czumejtisem popolować, a rodzic was puści, to przybądźcie do Czumejtisa na Sambie. A teraz płyńcie co rychlej, coby was tu Wikingi nie chwyciły. Żegnajcie! Chłopcy pomogli mu komiegę zepchnąć. Stali obaj na brzegu trzymając się za ręce. Machał do nich, pomachali i oni. — O rety, Przemek! — wysapał starszy. — Alem miał stracha, żeby nie zmiarkował, żeśmy obcy. — Jak tutejszy gadałeś. Skąd znasz ich mowę? — Przybywają do nas te Samby. I w drużynie jest jeden od Prusów, taki Myszejtis, co żelazo w rękach mnie jak listek. Od niegom się ździebko wyuczył. Ale widzi mi się, że nie poznał, że my nietutejsi. Jakem pokazał, żeśmy od zachodniej strony przybyli, pytał, czy my od Pogezanów, tom mu rzekł, że tak. — A co to są one Pogezany? — Licho ich wie. Pewnikiem jakieś plemię pruskie w tamtej stronie ku zachodowi. — To po coś mu gadał, jak nie wiesz? * Wolin — ważny port handlowy na wyspie Wolin, będący w IX i X w. u szczytu swego rozwoju; główny ośrodek plemienia Wolinian, zwanego też Wieluńczanami. ** Skórznie — trzewiki z rzemykami, którymi opasywano spodnie powyżej kostki (w rodzaju naszych góralskich kierpców). A co miałem rzec? Że my od Wolina*, że Wikingom i kupcowi arabskiemu my uciekli? Toć oni tu każdego rozbitka zaraz w niewolniki biorą, a czółno za łup. I nie poznał, mówisz? — zapytał Przemko niespokojnie. Kto go tam wie... Giezła mamy poniszczone, że nie odróżnić już, jakie były. Kaftany i skórznie**, co nas zdradzić mogły, zdjęte. Gadałem mało, to może i nie poznał. A może poznał, jeno że dobry człek i krzywdy nam uczynić nie chce. Dobrze, żeśmy komiegę ukryli. Zaraz by obaczył, że wikińska, nietutejsza. Patrz, już go nie widać! Zarysy czółna Czumejtisowego roztopiły się w oddali. Chłopcy wrócili na swe legowisko z gałęzi w pobliżu schowanej łodzi. Sławko usiadł ciężko oparłszy głowę na rękach. Są samotni, opuszczeni na dalekim i obcym wybrzeżu, zdani na pastwę żywiołów morskich i gorszych od nich Wikingów i Prusów, odcięci od swoich, pozbawieni jakiejkolwiek pomocy. A przecie dziś rano przybiwszy
Poprzedni - Z kolei podszedłNastępny - Do brzegu był